:: AKTUALNOŚCI ::

 04.05.2007

Za młode dla ZUS, za stare by żyć

Elżbieta Nowak przychodzi na cmentarz i nie może powstrzymać się, żeby nie robić wyrzutów mężowi, który zginął w kopalni. - Staję nad grobem i czasem mówię: gdybyś leżał w tej alejce, na chodniku, to tak bym cię kopnęła, że nie pozbierałbyś się. Zrobić dzieci i umrzeć w kopalni to świństwo. Co ja mam teraz ze sobą zrobić? Za co będę żyć? 
Elżbieta Nowak nie może opanować złości, choć wie, że to nie wina męża. Ale przecież też nie jej.
- To wina ustawodawcy. Przepisy zostały tak zmienione, że 39 wdów po górnikach, którzy zginęli w kopalniach zostaje bez środków do życia. Są za młode, żeby dostawały rentę i zbyt dojrzałe, żeby znalazły pracę - mówi Józef Solich, który zajmuje się sprawami prawnymi w Radzie Krajowej Związku Zawodowego Górników w Polsce. 
Kiedyś wdowy po górnikach, którzy zginęli w kopalni dostawały dożywotnią rentę. Ponad siedem lat temu straciły to prawo. Rentę dostają tak długo, jak długo wychowują małoletnie dzieci, które chodzą do szkoły. Kiedy ostatnie z uczących się dzieci skończy 18 lat, wdowa zostaje bez środków do życia, chyba że skończyła 50 lat, albo brakuje jej nie więcej niż 5 lat do ukończenia "pięćdziesiątki" lub jest niezdolna do pracy. Wtedy ZUS nadal wypłaca pieniądze. Jeżeli dzieci studiują, wtedy dostają rentę do 25 roku życia. Ale tylko one. Matka, która jest zbyt młoda dla ZUS i zbyt stara dla pracodawców, pieniędzy nie dostaje. - Jestem karana za to, że ostatnie dziecko urodziłam, jak miałam prawie 26 lat, a mój mąż zginął w kopalni. Teraz mam 44 lata i państwo polskie mówi mi, że skoro wychowałam dzieci, to ono mi dziękuje za usługę i zostawia mnie bez środków do życia, bo renta już mi się nie należy - denerwuje się jedna z wdów. 
- Nie mogę znieść myśli, że w wieku czterdziestu paru lat jestem zdana na łaskę studiujących dzieci. Pracodawcy patrzą na mnie jak na dziwoląga, kiedy pytam o pracę i mówię ile mam lat, i że będzie to moja pierwsza praca. A jak ja mogłam wcześniej pracować, kiedy wychowywałam dzieci? - pyta jedna z 39 pokrzywdzonych wdów.
- Cholera, człowiek był tak zagoniony, że nawet drugi raz za mąż nie miał czasu wyjść. Zresztą jakiemu chłopu potrzebna baba z dziećmi do wyżywienia? - pyta inna wdowa.
- To jakieś niedopatrzenie. Resort pracy zainteresuje się tym - zapewniła Minister Pracy Anna Kalata w czasie spotkania, które zorganizował Związek Zawodowy Górników w Polsce z wicepremierem Andrzejem Lepperem i szefową resortu pracy.
- To niesprawiedliwe i trzeba z tym coś zrobić - mówił wicepremier Lepper.
W Ministerstwie Pracy został powołany specjalny zespół, który ma wyjaśnić sprawę. Na razie wiadomo, że spośród około 2000 tysięcy wdów po górnikach, 39 jest skazanych na pomoc społeczną. - Może się okazać, ze to nie tylko problem Śląski, ale ogólnopolski. Trzeba jakoś go rozwiązać - zapewniała minister Kalata.
"Skrzywdzone przez los, wychowujące dzieci bez ojców, staramy się sprostać niełatwym wyzwaniom. Oczekujemy od państwa pomocy, wsparcia, wnikliwej oceny sytuacji, szlachetnego gestu, który znalazłby odzwierciedlenie w sprawiedliwych przepisach. W naszej ocenie dotychczasowe przepisy dyskryminują nas. Tym bardziej, że z uprzywilejowanych przepisów korzystają wdowy po zmarłych członkach służb mundurowych.
Czy uważacie, że praca górnika jest lżejsza i bezpieczniejsza niż praca policjanta lub żołnierza? W czym jesteśmy gorsze od tych kobiet. Sprawcie, aby nasze oczy były wreszcie suche!" - napisały pokrzywdzone wdowy w apelu do rządu, parlamentarzystów i działaczy związków zawodowych.
- O naszym losie decydują ludzie, którym dobrze się powodzi. Ale to nie znaczy, że na zawsze uniknęli cisów losu. Jeżeli kiedyś los ich ciężko doświadczy, przekonają się, jak to jest żyć z myślą, że jest się skazanym na wegetację i cudzą łaskę - mówią kobiety.
Sławomir Starzyński